|
Użytkowników Online |
|
|
Gości Online: 4
Brak Użytkowników Online
Zarejestrowanych Użytkowników: 993
Najnowszy Użytkownik: kris templar
|
|
|
|
|
|
|
|
Turnieje rycerskie w śreniowiecznej Europie |
|
|
TURNIEJE RYCERSKIE W ŚREDNIOWIECZNEJ EUROPIE Wojciech Iwanczak
Szukając początków turniejów rycerskich, napotykamy spore trudności. Niemniej, uznając wojny i rywalizację za zjawiska ponadczasowe, wiadomo, że rycerstwo jako formacja społeczna oraz zjawisko z zakresu wojskowości i ideologii jest fenomenem historycznym przypisanym epoce średniowiecza. Podobnie turniej rycerski jest nierozerwalnie związany z tym okresem.
Mnożyć przykłady różnych zabaw i ćwiczeń z bronią w starożytności czy u plemion barbarzyńskich. Wergilusz w Eneidzie określił takie rozrywki jako "trojańskie", łącząc ich genezę z wojną trojańską. Pomysł ten przejęli i rozwinęli autorzy średniowieczni, wywodząc najrozmaitsze formy obyczajowości rycerskiej wprost spod obleganej przez Achajów Troi. Z miastem tym wiąże się także etymologia łacińskiego określenia turnieju rycerskiego: torneamentum skojarzono z trojanus ludus Wergiliusza. Z kolei o ćwiczeniach zbrojnych u Germanów wspomina Tacyt, o takich zwyczajach u Ostrogotów informuje Ennodiusz, a o Wizygotach Izydor z Sewilli zanotował, że lubią bardzo z bronią zaczepną ćwiczyć i nawet sytuacje bitewne odtwarzać. Takie gry wojenne są u nich codziennym zwyczajem. W podobny sposób chętnie spędzali czas także Frankowie, o czym wspominają Einhard, Hraban Maur i Widukind.
Galijski wynalazek
Ponieważ autorzy średniowieczni zwykli ustalać konkretny moment narodzin różnych zjawisk, tak też stało się z turniejem rycerskim. Kroniki francuskie powiadają, że turniej "wynalazł" Gotfryd z Preuilly w latach sześćdziesiątych XI wieku. Niezależnie od tego, jak potraktujemy te enuncjacje, pierwotne związki z Francją wydają się dość oczywiste, gdy uwzględnimy, że w XII wieku turniej rycerski określano jako conflictus Gallicus. Stopniowo nowa moda przeniosła się do innych krajów: Flandrii, Niderlandów, Anglii. W tej ostatniej zresztą wzbudziła nieufność władców, obawiających się większych zgromadzeń szlachty, które mogły stać się okazją do wystąpień politycznych i przeobrazić w jakieś spiski czy sprzysiężenia przeciwko monarchii. Konsekwencją tej nieufności były zakazy urządzania turniejów, m.in. za panowania Stefana z Blois (1135 -1154) i Henryka II (1154 -1189). Dopiero Ryszard Lwie Serce, zresztą jak przystało na zafascynowanego ideą rycerską krzyżowca, wyznaczył w kraju 5 miejsc, gdzie tego typu imprezy mogły być organizowane. Argumentem przemawiającym za turniejami była właśnie potrzeba doskonalenia sprawności bojowej rycerstwa, aby je lepiej przygotować do udziału w wyprawach krzyżowych. Zakazy odbywania turniejów wprowadzano w Anglii i Francji także później, zwłaszcza w czasie nieobecności monarchy w kraju, aby uniknąć ewentualnego buntu. Wielokrotnie takie zakazy wydawał Filip IV Piękny, gdy prowadził wieloletnie walki we Flandrii. Złamanie zakazu w Anglii kończyło się nierzadko odebraniem majątku i uwięzieniem. Z pewnym opóźnieniem turniej rycerski pojawił się w Niemczech. Po raz pierwszy poświadczony został w 1127 roku, gdy książęta z rodu Staufów Fryderyk i Konrad urządzili pod murami WŁrzburga tyrocini, quod vulgo nunc turneimentum dicitur i sami wraz z rycerzami wzięli w nim udział. Posiadamy także pewne dane o turniejach, które odbywały się za panowania Fryderyka Barbarossy.
Turniejowe przygody Jana Luksemburskiego
W krajach środkowoeuropejskich turnieje zaczęły być organizowane dopiero w XIII wieku, co wiązało się z adaptacją etosu i obyczajów rycerskich. Obserwujemy tu oczywiście wpływy niemieckie. Kronikarz czeski z początku XIV wieku tzw. Dalimil, autor najstarszej rymowanej kroniki, nie ma wątpliwości, że początki turnieju w Czechach należy przypisać Ojir`owi z Friedbergu, rycerzowi niemieckiemu, który żył na dworze Wacława I w połowie XIII wieku. Z wcale bogatej tradycji turniejowej w Czechach warto wspomnieć o chyba najciekawszym z tego punktu widzenia okresie, jakim było panowanie Jana Luksemburskiego (1310 - 1346). Ten władca, który niemalże stał się symbolem błędnego rycerza, usiłował wcielić w życie ideały rycerskie, a swą postawą udowadniał, że nie było to zadanie skazane na niepowodzenie. Pierwszy monarcha na tronie czeskim z dynastii Luksemburgów bywał w kraju stosunkowo rzadko, prowadził bowiem niezwykle ruchliwy tryb życia. Można go było spotkać w różnych zakątkach Europy, zwłaszcza tam, gdzie odbywały się turnieje rycerskie. Już w czasie jego wesela z Elżbietą Przemyślidówną w Spirze w 1310 roku zorganizowano turniej, w którym zresztą wzięła udział spora grupa rycerzy czeskich, wyróżniających się - jak odnotowała współczesna Kronika Zbrasławska - kopiami pokaźnych rozmiarów. W 1321 roku w mięsopust w Pradze odbył się wielki turniej na rynku Starego Miasta. Walczyło wielu rycerzy czeskich, a próbował szczęścia także sam król. Nie odniósł jednak sukcesów, mocnym uderzeniem kopii został zrzucony z konia i poturbowany przez wierzchowce współzawodników. Ranny, bezradnie leżał w błocie i na wpół żywy został przeniesiony przez dworzan do łóżka. Reakcja publiczności na to pożałowania godne wydarzenie była zgoła nieoczekiwana. Część widzów wprawdzie wyrażała współczucie, ale inni bili brawo. Niewątpliwie mamy tu do czynienia z pewnym podtekstem politycznym, "importowany" król nie cieszył się bowiem zbytnim poparciem miejscowego możnowładztwa, a także mieszczaństwa, musiał nawet zwalczać jawną opozycję. Władca, który raktował Czechy jako źródło finansowania swych wypraw i awanturniczych przygód, po wielu latach zmagań spacyfikował sytuację, ale jego niepowodzenie w turnieju wywołało, jak widać, żywiołową manifestację radości niektórych widzów. Lekko zniechęcony Jan Luksemburski nie organizował już turniejów w Pradze, ale powetował to sobie uczestnictwem w wielu innych imprezach na zachodzie Europy. Wieść niosła, że na turnieju w Burgundii przebódł na wylot jakiegoś rycerza kopią. Traktował swe zamiłowanie z pełnym ryzykiem: w 1335 roku we Francji został podczas turnieju ciężko ranny i pierwsze wiadomości, które przyszły do Czech, mówiły nawet o śmierci króla. Nie minęło parę tygodni, gdy dzielny monarcha pojawił się na następnych turniejach. Pasja życiowa podyktowała mu także w jakiejś mierze wybór małżonki. Po śmierci pierwszej żony Elżbiety Przemyślidówny ożenił się z Beatrix, córką księcia Bourbon, a było rzeczą powszechnie znaną, że dama ta z ochotą obserwowała zmagania rycerzy na arenie turniejowej. Przed uczestnictwem w turnieju nie powstrzymał Jana Luksemburskiego nawet zakaz ich odbywania wydany przez króla Francji Filipa VI. W konsekwencji wszyscy współzawodnicy wylądowali w więzieniu i dopiero osobista interwencja czeskiego władcy u francuskiego monarchy doprowadziła do ich wypuszczenia.
Turnieje na polskiej ziemi
Początki turnieju w Polsce nie są do końca jasne, ponieważ nasze główne źródło - kronika Jana Długosza, wspominając o imprezach o charakterze zbliżonym do turnieju, które miały odbywać się w okresie piastowskim, przedstawia chyba w znacznym stopniu projekcję wydarzeń, których Długosz był świadkiem w XV wieku. Jeśli jednak mówić o wiarygodnych początkach kultury rycerskiej w Polsce, to niewątpliwie palmę pierwszeństwa dzierży Śląsk. Pierworodny syn Henryka Pobożnego Bolesław Rogatka, który rozliczne popełniał dzieciństwa za czasów swej młodości, a to w turniejach i innych igraszkach, zwołać miał w 1243 roku na dzień św. Macieja wielu rycerzy do Lwówka i nakazał im urządzić turniej. Nie obyło się jednak bez komplikacji, gdyż rycerstwo - jak relacjonuje Księga Henrykowska - najpierw zażądało od księcia przyobiecania jakiejś uroczystej, miłej Bogu ofiary, a dopiero wtedy obiecało "uradować" władcę. Po wyrażeniu zgody przez księcia rycerz Albrecht Bart wskazał włość Jaworowice, która stała się przedmiotem nadania dla klasztoru cysterskiego w Henrykowie. Książę obietnicy dotrzymał, co poświadczył odpowiedni dokument wydany w Niemczy 12 marca 1243 roku. Interpretacja tego wydarzenia budzi pewne kontrowersje, jedni badacze uważają, że zwyczaj ten utrwalił się już na dworze Bolesława Rogatki, inni natomiast podkreślają nieufność wobec nowinki, jaką wydawał się turniej. Jednocześnie wskazuje się - i tu wypada się chyba zgodzić - że pomysł zorganizowania takiej imprezy mogli podsunąć księciu przybywający na Śląsk rycerze z Niemiec. Nowy obyczaj przyjął się na Śląsku, a jego szczególnym admiratorem stał się Henryk IV Probus. Znany miłośnik kultury rycerskiej na pięknej miniaturze w Kodeksie Manesse`a został przedstawiony jako triumfator turnieju. Nie ograniczał się jednak do występów zagranicznych i nie stronił od organizowania turniejów w swoich włościach. Największy z nich - jeśli wierzyć przekazom - miał się odbyć w 1284 roku w Nysie. Relacja o nim zachowała się w liście pozostającego w sporze z Probusem biskupa wrocławskiego Tomasza II skierowanym do biskupa krakowskiego Jana Muskaty. Nie przejmując się ciążącą na nim klątwą Tomasza, książę opanował zamek w mieście biskupim Nysie i urządził tam turniej. Zaproszeni goście, a więc książęta opolski, głogowski i opawski, oraz licznie zgromadzone rycerstwo uczestniczyli w trwającym przez cztery dni turnieju, a przy okazji dokonano spustoszenia w zasobach żywności i innych dóbr znajdujących się w Nysie. Mówiąc o Śląsku, warto wspomnieć, że cenny ślad znajomości turnieju, chociaż w transpozycji literackiej, spotykamy w Siedlęcinie nad Bobrem. Skromna i wznosząca się w zaniedbanym otoczeniu czternastowieczna wieża rycerska kryje niezmiernie interesujące malowidła, na których rozpoznajemy - uwzględniając ich kiepski stan - różne sceny z życia rycerskiego i dworskiego, w tym walczących, odzianych w zbroje, wojowników. Najprawdopodobniej mamy do czynienia z obrazową sekwencją odtwarzającą poemat poświęcony jednemu z najbardziej znanych rycerzy Okrągłego Stołu Lancelotowi z Jeziora. Najstarsza wiadomość o turnieju organizowanym na polskim dworze królewskim dotyczy zjazdu monarchów w Krakowie w 1364 roku. Aczkolwiek Jan Długosz wspomina, że przy uroczystościach koronacyjnych Kazimierza Wielkiego odbywały się jakieś turnieje, ale informacja nie znajduje potwierdzenia w innych źródłach, a poza tym wyraźnie wygląda na zwrot zwyczajowy. Relację o turnieju w 1364 roku w Krakowie zawdzięczamy poecie francuskiemu Wilhelmowi de Machaut, którego twórczość już w średniowieczu zdobyła wielkie uznanie. Przez 30 lat - jeśli dać wiarę temu, co sam twórca zanotował pod koniec życia - pozostawał w służbie Jana Luksemburskiego, towarzysząc mu w licznych podróżach. Dzieło, które nas interesuje, nosi tytuł Zdobycie Aleksandrii i bardzo obszernie opowiada o wyprawie wojennej króla Cypru Piotra de Lusignan do tytułowego miasta w roku 1365, poprzedzonej zabiegami władcy o zachęcenie monarchów europejskich do udziału w krucjacie w latach 1363 - 1364. Wilhelm de Machaut osobiście w wyprawie króla cypryjskiego do Europy Środkowej udziału nie brał, ale jego relacja jest oparta na informacjach naocznego świadka lub świadków, być może samego Piotra de Lusignan. Zjazd krakowski zgromadził doborową grupę monarchów. Poza polskim królem byli tam: cesarz Karol IV Luksemburski, Ludwik Andegaweński, król Danii Waldemar, Piotr de Lusignan, książęta Bolko świdnicko-jaworski, Władysław opolski, Siemowit mazowiecki i margrabia brandenburski Otto Wittelsbach. W interesującym nas fragmencie poematu Wilhelm de Machaut pisze o rywalizacji turniejowej, gdy w szranki stanęli także monarchowie. Jest tam wzmianka o udziale w walce samego cesarza, który miał się zmagać z innymi władcami, ale myśl tę wyrażono raczej w formie domysłu niż pewności. Ostatecznie główny laur turniejowy przypadł królowi Cypru. Nie mamy powodu wątpić w taki finał zmagań, gdyż w innych miejscach swego dzieła Wilhelm de Machaut wspomina o sukcesach turniejowych Piotra de Lusignan w Reims, Pradze i Paryżu. Późniejsze dzieje turnieju w Polsce odnotowują sporo imprez tego typu, znamy także imiona co wybitniejszych współzawodników, np. legendarnego Zawiszy Czarnego, Dobka z Oleśnicy, Mikołaja Powały z Taczowa, Domarata i Jakuba z Kobylan. Syn kasztelana przemęckiego Rafała Rafał II Leszczyński, rycerz w służbie Fryderyka III, zmierzył się - jak twierdzi Długosz - w indywidualnym pojedynku z królem węgierskim Maciejem Korwinem i zranił go w czoło. Wspaniały turniej miał się też odbyć - według tegoż samego dziejopisa - w 1412 roku w Budzie, gdy Zygmunt Luksemburski uroczyście podejmował Władysława Jagiełłę. Igrzyska obserwowane przez znakomite grono monarchów i arystokracji trwały przez dwa dni, a od rana do wieczora rywalizowało ze sobą 100 rycerzy reprezentujących liczne kraje i regiony: Grecję, Włochy, Francję, Węgry, Czechy, Bułgarię, Bośnię, Austrię, Miśnię, Nadrenię, Litwę, Ruś, Wołoszczyznę, Albanię i Słowenię.
Turniej rycerski z jednej strony był wytworem ponadczasowej potrzeby rywalizacji oraz sztuki walki, a z drugiej elementem średniowiecznej kultury rycerskiej. O tym, jak turnieje zyskiwały popularność w średniowieczu i jak upowszechniały się rycerskie obyczaje, pisałem miesiąc temu w pierwszej części artykułu. Teraz chciałbym przedstawić ewolucję tego zjawiska: od przypominających bitwę zmagań grupowych po inspirowane rycerskimi romansami dworskie zabawy. Turniej średniowieczny ulegał stałej ewolucji. Początkowo rycerze walczyli w turniejach uzbrojeni tak samo, jak w czasie bitwy, a organizacja i reguły zmagań niewiele się różniły od walki "na serio". Były to po prostu ćwiczenia, służące doskonaleniu umiejętności wojskowych rycerstwa. Rozgrywano je na specjalnie wyznaczonym terenie, gdzie naprzeciw siebie stawały dwa oddziały wojowników, a pojedynczy rycerz liczył się o tyle, o ile umiał dokładnie zachować swoje miejsce w szyku. Przypominało to typowy dla średniowiecznej sztuki wojennej przebieg bitwy, w której decydującym momentem było starcie dwóch ciasno stłoczonych szyków, gdy pierwsze uderzenie z wyciągniętymi kopiami przesądzało niekiedy o losach zmagań. W jednym z poematów dworskich powiada się, że gdyby z góry spuścić chusteczkę, to nie upadłaby ona na ziemię, gdyż pomiędzy ściśniętym rycerstwem nie było dość wolnego miejsca. Tak też zapewne wyglądał wczesny turniej rycerski, który nie dawał jeszcze zbyt wielu okazji do wyróżnienia się wybitnych uczestników oraz zdobycia indywidualnej sławy, tym bardziej że odbywał się bez widzów, którzy później staną się nieodłącznym i niezwykle istotnym elementem widowiska. Jeźdźcy, którzy zostali zrzuceni z konia, nie mogli dalej brać udziału w turnieju - byli brani "do niewoli" i musieli płacić okup. Z biegiem czasu coraz większą rolę zaczęły odgrywać pojedynki indywidualne i od XIII wieku na turniejach przeważały starcia tego typu. Ćwiczenie wojskowe przeobraziły się w widowisko, które organizowano najczęściej na dworach. Zasadniczo zmieniła się ich funkcja: nie chodziło już o przygotowanie do wojny, ale o dostarczenie widzom atrakcyjnej rozrywki. To z kolei wzbudziło zaniepokojenie Kościoła i ówczesnych moralistów. Ci ostatni powiadali bowiem, że takie rozrywki są nie tylko bezmyślnym marnowaniem czasu, ale i niepotrzebną eksploatacją sił, które można by spożytkować znacznie bardziej sensownie. Bo choć chętnych do stanięcia w turniejowych szrankach nie brakowało, niełatwo było skrzyknąć rycerstwo w wojennej potrzebie.
O SŁAWĘ I MAJĄTEK
Te narzekania nie mogły jednak ograniczyć rosnącej popularności turniejów. Stały się one nieodłącznym elementem rozmaitych uroczystości: wesel, chrzcin czy koronacji władców, a nowa moda była jednym ze znaków rozpoznawczych wspólnoty rycerskiej i stworzonej przez nią uniwersalnej cywilizacji. Rozmaite motywy skłaniały do uczestniczenia w turniejach. Przywołajmy w tym miejscu klasyczne już zestawienie, którego autorem był ministeriał ze Styrii Ulrich von Lichtenstein, fanatyczny miłośnik idei rycerskiej z pierwszej połowy XIII wieku. Powiadał, że istniało 5 powodów, dla których rycerz stawał w szrankach: z czystego zamiłowania, w nadziei na zdobycz materialną, by służyć damom, dla ćwiczeń wojskowych i by uzyskać wysoką cześć. Motywy te w pełni wyjaśniają pęd rycerstwa do turniejów, chociaż należy sobie zdawać sprawę, że nie wszystkie musiały towarzyszyć udziałowi w danej imprezie. Jak wiadomo, każde widowisko rządzi się swoistymi regułami i w czasie turnieju także obowiązywał odpowiedni kodeks postępowania. Zasady miały charakter symboliczny i praktyczny. Z pierwszej grupy wymieńmy przykładowo zawiązanie i odwiązanie hełmu przez kandydata do zmagań: zawiązanie oznaczało pełną gotowość do walki, a odwiązanie - jej zakończenie (te sygnały były z pewnością powszechnie zrozumiałe dla publiczności turniejowej). Kardynalną zasadę stanowił także zakaz atakowania konia przeciwnika - jego zranienie uchodziło za błąd w sztuce. Jeśli idzie o broń i zbroję, to o ile początkowo wyposażenie turniejowe nie różniło się od bitewnego, o tyle z czasem wykształcił się typ zbroi turniejowej, której używano wyłącznie w takich okazjach. Uczestnikami turnieju byli oczywiście rycerze, ludzie szlachetnego pochodzenia, przedstawiciele arystokracji, a zdarzało się - o czym była mowa w pierwszej części artykułu - że w szranki wstępowali także władcy, choć raczej incydentalnie. U schyłku średniowiecza instytucja turnieju demokratyzuje się: swą dzielność i sprawność we władaniu bronią chcieli wykazać również mieszczanie, którzy za wszelką cenę pragnęli dorównać szlachcie, a jednym ze sposobów osiągnięcia tego awansu było naśladownictwo stylu życia czy stroju warstw wyższych w społeczeństwie. Niezbyt odległą repliką turnieju rycerskiego stały się także chłopskie walki na kije. Przejście od turnieju grupowego do rywalizacji indywidualnej trwało dosyć długo i przez pewien czas współistniały obie formy turniejowe. Nieuchronnie jednak zaczęli się pojawiać wybitni specjaliści w tej ostatniej dziedzinie. O czołowych reprezentantach polskiej "szkoły" turniejowej była już mowa, ale profesjonalizacja najwcześniej dała znać o sobie we Francji. Udział w turniejach stał się tam całkiem lukratywnym zajęciem, chociaż dotyczyło to naturalnie tylko elity. Wśród tych, którzy przeszli do historii jako zawodowcy najwyższej próby, należy zwłaszcza wskazać Wilhelma Marszałka. Przez 20 lat przemierzał Europę, podróżując z turnieju na turniej, wyruszył także do Ziemi Świętej, a ożenił się już po czterdziestce. Uchodził za prawdziwego wirtuoza turniejowego rzemiosła, dzięki czemu zdobył pokaźny majątek. Wilhelm Marszałek starannie przygotowywał się do każdych zawodów, m.in. jeździł na jarmark do Lagny, gdzie kupował za gotówkę - a było go na to stać - najlepsze rumaki oraz niezbędny ekwipunek. Rywalizacja podczas turniejów była bardzo zacięta, a najbardziej się opłacało pojmać przeciwników "do niewoli", gdyż ci za uwolnienie płacili okup. W grę wchodziły tam często pokaźne sumy i zazwyczaj wypuszczony na słowo "jeniec" dawał zastaw i przystępował do zgromadzenia - głównie wśród członków rodziny - całej sumy. Wilhelm Marszałek, którego możliwości finansowe były imponujące, zadziwił wszystkich, gdy pewnego wieczoru po zmaganiach, podczas których dostał się do niewoli, wydobył kilkaset denarów w gotówce i zapłacił wyznaczoną za siebie cenę. Doszło do tego, że najął nawet księgowego, który prowadził bilans przychodów i rozchodów rycerza. Centralną pozycją w tym zestawieniu była lista rycerzy, których mieli zapłacić mu okup. Jedynie w ciągu dziesięciu miesięcy doliczono się aż 103 jeńców-dłużników. Obok prozaicznej troski o zapewnienie egzystencji materialnej dla uczestników turniejów duże znaczenie miał także etos rycerski. Liczyło się uznanie władców i widzów, honor, sława oraz symboliczna pierwsza nagroda (np. na turnieju w Pleurs Wilhelma Marszałka uhonorowano... szczupakiem).
TURNIEJE POD KOŚCIELNYM PRĘGIERZEM
Rozszerzająca się moda na organizowanie turniejów prowokowała, jak wspomniałem wyżej, krytyczne komentarze moralistów. Także Kościół musiał zająć oficjalne stanowisko w tej kwestii. Już w 1130 roku na połączonych soborach w Reims i Clermont papież ostro skrytykował "pożałowania godne spotkania [...] w których rycerze mają zwyczaj brać udział". Z kolei w postanowieniach III Soboru Laterańskiego w 1179 roku po raz pierwszy użyto słowa torneamentum (turniej) i stwierdzono, że "rycerzowi, który podczas turnieju umrze, nie będzie odmówiona pokuta ani wiatyk, a tylko nie dostąpi pogrzebu kościelnego". W latach 1130 -1314 Kościół wydał 9 zakazów generalnych urządzania turniejów oraz cały szereg zakazów regionalnych. Argumentowano, że są to rozrywki niebezpieczne, nierzadko kończące się śmiercią uczestników, że pociągają za sobą zbyt wysokie koszty. Kościół widział więc w turniejach źródło marnotrawstwa, rozrzutności i rozpusty. Ten ostatni zarzut dotyczył z pewnością już dworskiej fazy rozwoju turniejów, gdy na widowni coraz liczniej pojawiały się kobiety. Ponawiane wielokrotnie zakazy nie skutkowały, a chętnych do udziału w turniejach nie brakowało mimo nawoływań, aby nie rozpraszać sił potrzebnych do udziału w krucjatach. Tymczasem w 1149 roku, tuż po powrocie z drugiej, morderczej wyprawy krzyżowej, Bernard z Clairvaux w liście do sławnego opata St. Denis Sugera zachęcał go do "uzbrojenia się w miecz ducha, aby nie dopuścić do odrodzenia diabelskiego zwyczaju, który znowu zagraża. Ledwie wrócili z wyprawy, książę Henryk, syn hrabiego Szampanii, i Robert, brat króla, zawzięci jeden na drugiego, zwołali po świętach Wielkiejnocy jeden z tych wyklętych i obrzydliwych jarmarków, na których proponują sobie walkę wręcz na śmierć i życie". Turnieje uznano zatem za przejaw aktywności diabelskiej, a znakomity autor cysterski Cezariusz z Heisterbach nie miał wątpliwości, że ich uczestnicy trafią do piekła. Atrakcyjność tych imprez musiała być rzeczywiście niemała, skoro papież Honoriusz III musiał w 1227 roku zakazać duchownym brania udziału w "grach wojskowych". Restrykcje papieskie poddał zresztą krytyce Piotr Dubois w polemicznym traktacie "De Torneamentis et Justis", napisanym w imieniu Filipa IV Pięknego w 1313 roku. Autor zakwestionował zwłaszcza argument Kościoła, że turnieje rozpraszają siły rycerstwa i nie pozwalają mu dobrze przygotować się do krucjat, twierdząc, iż nie ma lepszej formy ćwiczeń wojskowych, a wysokie umiejętności militarne są niezbędne na wyprawach krzyżowych. Wkrótce potem papież Klemens V uchylił zakazy turniejowe.
LITERACKIE INSPIRACJE
W badaniach nad etosem rycerskim zasadniczą najważniejsze jest rozpoznanie cienkiej granicy między rzeczywistością historyczną i obrazem literackim. Wydaje się, że dla ludzi średniowiecza ta granica była często bardzo niewyraźna. Przykładem takiej postawy są tzw. Turnieje Okrągłego Stołu, organizowane od trzeciej dekady XIII wieku. Były to w pełnym tego słowa znaczeniu turnieje dworskie, ale organizowane według scenariusza opartego na legendach i opowieściach o królu Arturze i jego rycerzach. Pojawiały się one w różnych krajach, ale bodaj najlepiej opisane i pełne fantazji były przedsięwzięcia podejmowane przez wspomnianego ministeriała ze Styrii Ulricha von Lichtensteina. Dwie z takich eskapad, połączonych z turniejami, zasługują na przypomnienie: podróż Wenus i wyprawa Artura. W 1227 roku Ulrich przebrany za "Panią Wenus" odbył wędrówkę z Wenecji do Nowego Miasta w Czechach. Wysłał listy do różnych rycerzy, zawiadamiając o swym przybyciu i wyzywając ich na pojedynek. Przez 30 dni odwiedził 25 miejsc w Lombardii, Friulii, Karyntii, Styrii, Austrii i Czechach. Wszędzie pojawiły się grupki rycerzy, którzy walczyli z Ulrichem, ale także między sobą. Ci, którzy wykazali w pojedynkach z "Panią Wenus" najwyższą biegłość, zostali wynagrodzeni złotymi czarodziejskimi pierścieniami. 8 dni po zakończeniu ekspedycji, w umówionym miejscu miał się odbyć wielki wspólny turniej. Kilkanaście lat później, w 1240 roku odbyła się wyprawa Artura. Niezmordowany Ulrich von Lichtenstein przemierzył Austrię, wyzywając na pojedynek wszystkich swych przyjaciół, a najdzielniejszych nazwał imionami bohaterów legend Okrągłego Stołu: Iwein, Lancelot, Tristan, Gawein, Parsifal, Erek i in. Wyprawa dobiegła kresu w Katzelsdorf w pobliżu Neustadt i zwieńczył ją wielki wspólny turniej. Wątki arturiańskie to przykład coraz częstszego sięgania do literatury dworskiej, która podtrzymywała więdnący nieco etos turniejowy. Z czasem turniej przeobraził się w inscenizacje o charakterze teatralnym, eksponujące motywy tzw. miłości dworskiej: współzawodnicy nosili oznaki wybranej damy, której składali w hołdzie zdobyte trofea. W piętnastowiecznej "Kronice Turyńskiej" odnotowano dość ekstrawagancką wyprawę, którą zorganizował kolejny ministeriał ze Styrii Waltman von Setilstet. Wyruszył jedynie w towarzystwie damy, psa i krogulca. Każdego dnia staczał trzy pojedynki, a od każdego z pokonanych przeciwników dama otrzymywała pierścień.
ROZRYWKA MOŻNYCH
Turniej, który utracił pierwotną funkcję ćwiczenia wojskowego i przybrał postać rozrywki dworskiej, stał się miejscem rywalizacji różnych grup społeczeństwa feudalnego. Dodajmy, że przyczyniła się do tego ewolucja metod walki na prawdziwym polu bitwy, gdy z jednej strony coraz bardziej zyskiwała na znaczeniu piechota, a z drugiej w końcu średniowiecza dominującą rolę w armiach władców zaczęły odgrywać oddziały najemne i zaciężne. Arystokracja, świadoma, że powoli oddaje pole nowym, dynamicznym warstwom, zwłaszcza mieszczaństwu (pojawiły się również turnieje miejskie, np. w Kolonii czy Pradze, a nawet chłopskie), przystąpiła do obrony swych zagrożonych pozycji, zamykając dostęp do kultury dworskiej dla niżej urodzonych. Tworzono kody i znaki, które były czytelne tylko dla wybranych. Zaostrzono reguły turniejowe, a ich uczestnicy przed przystąpieniem do zawodów musieli wykazać się właściwym rodowodem i herbem. Literatura średniowieczna dostarcza nam zresztą przykładów otrzymania lub podniesienia rangi herbu za dzielność wykazaną w turnieju. Ponieważ herby jako szlacheckie znaki identyfikacyjne odgrywały coraz większą rolę (pojawiały się również w środowiskach miejskich i kościelnych), z czasem w turniejowy scenariusz włączono znawców heraldyki i genealogii. Mowa oczywiście o heroldach, którzy mieli obowiązek zapowiadania turnieju, identyfikacji jego uczestników według herbów, przeglądu tarcz herbowych i klejnotów, wywoływania do walki kolejnych zawodników oraz dbania o właściwy, czyli zgodny z przyjętymi regułami, przebieg rywalizacji. Turniej rycerski stanowił ciekawy fragment kultury średniowiecznej, podlegając wyraźnej ewolucji i odzwierciedlając zmiany zachodzące tak w sferze wojskowości, jak i życia społecznego. W swej podstawowej funkcji zaspakajał aspiracje rycerstwa, które po zakończeniu "złotego okresu" swych dziejów próbowało bronić posiadanych przywilejów, tworząc elitarne stowarzyszenia czy utrudniając innym warstwom społecznym dostęp do turniejów, i podkreślając tym samym rangę urodzenia. Turniej nie zniknął wraz ze schyłkiem średniowiecza, ale był to już jego łabędzi śpiew - dalej przeobraził się zabawę i rozrywkę dworską, która ze swym pierwowzorem niewiele już miała wspólnego. Jednak długo nie chciano się rozstać się z tą owianą romantyczną legendą formą rywalizacji: w przywoływanych wielokrotnie Czechach ostatni turniej miał się odbyć jeszcze w drugiej połowie XVIII wieku.
Artykuł ukazał się w Portalu Magazynu Historycznego "Mówią Wieki"
Dodane przez SoliDeo
dnia 21-02-2010 11:30:18·
0 Komentarzy ·
703 Czytań ·
|
|
|
|
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
|
|
|
|
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.
Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.
Brak ocen.
|
|
|
|